maliny

maliny

Upalna niedziela w domu.
Jak ja lubię nie nastawiać budzika. Budzi słońce. Ser ze szczypiorkiem już przygotowany.
Kawa gorąca.
Koszula się prasuje.
(*no dobra, sama się nie prasowała).

Wymaszerować na mszę. Zakasać rękawy. Przebić się przez mętny ton proboszcza emeryta, przez usypiające pieśni organisty i ogólną niedzielną rutynę. Usłyszeć Słowo, że przyszedł ogień rzucić na ziemię i pragnie, aby już zapłonął. Usłyszeć, żeby za wszelką cenę płonąć, nawet jak wzbudzi to opór.

A zatem jest plan na dziś. Nie marudzić. Nie tlić się. Płonąć. Nie trwać w zniechęceniu. Zjeść maliny. Płonąć. Nie kopcić. Nie zagłuszać. Pogodzić się. Płonąć. Nie spać. Nie dogorywać. Znaleźć kawałek trawy. Połazić na bosaka. Płonąć.

łk 12.49


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s