potknięcie

potknięcie.JPG

Siedział przy bramie, tam gdzie zawsze. Jego obecność w tym miejscu była tak oczywista, że prawie niezauważalna. Jego imię znali wszyscy, ale nikt do niego już się tak nie zwracał.

Mijali go przechodnie. Patrzyli wysoko, sięgali daleko, gonili za tym co wielkie. Ich wzrok padał na kolejne cele. Bali się zwolnić, żeby nie zostać w tyle. Ktoś nieustannie krzyczał przez głośnik coś o „rozwoju”, „zmianie”, „przekraczaniu siebie”. 

W jego oczach płonęło życie. Nieliczni mieli szczęście spojrzeć mu w twarz. Głównie Ci, którzy w pędzie potykali się i upadali tuż przy nim. Później już nie chcieli wstawać i biec dalej. Przysiadali się, by w milczeniu zaczerpnąć życia.

Byli też tacy, którzy biegnąc zderzali się ze sobą. Rozsypywały im się teczki z planami strategicznymi i banknoty wyfruwały z portfeli. Kiedy w ferworze walki, zbierając je z bruku, spotykali jego spojrzenie, rozluźniali pięści i rozsiadali się wokół niego.

Przypadkowe zgromadzenie siedzących rosło. O ich nogi potykali się kolejni tak, że w pewnym momencie trudno było przejść obok bez potknięcia. I tak siedzieli tłumnie w zdziwieniu, że świat bez ich biegu wciąż istnieje, i że mimo postoju ich życie nabiera nowego horyzontu.

Jaki rozmach w miłości trzeba mieć, żeby będąc bogatym, stać się ubogim, aby innych swoim ubóstwem ubogacać?

2 kor 8.9


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s