Na granicy Kościoła

pexels-photo-1098526.jpeg

Nie ustaje dyskusja nad tym jak pojemny jest Kościół. Przybiera coraz to nowe odsłony: Które grupy społeczne się jeszcze w nim mieszczą, a które już są poza? Która partia jest „kościelna”, a która „anty-kościelna”? Kogo przyjmować do wspólnoty, a gdzie wmurować znak STOP? Jak rozmawiać z tymi, którzy sami stawiają siebie gdzieś na peryferiach, albo wręcz już poza granicą Kościoła? Szukając odpowiedzi (a raczej pewnego światła, bo trudno tu o wyczerpujące rozstrzygnięcia) na to ważne pytanie o kształt i rozmiary Kościoła, spójrzmy przez krótką chwilę na jego Założyciela.

*

Jezus. W pierwszą niedzielę wielkiego postu byliśmy z Nim na pustyni. Dawał nam przykład jak radykalnie, bezkompromisowo należy opierać się pokusom i temu wszystkiemu co pochodzi od szatana. Już tydzień później zabrał nas na górę Tabor zanurzając w promieniach swojej obecności. Blask chwały był tak piękny, że aż chciało się wykrzyczeć: Dobrze że tu jesteśmy! Dziś widzimy Jezusa, który nie boi się powiedzieć: Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. I podaje przykład nieurodzajnego drzewa, któremu daje ostatnią szansę. W przyszłą niedzielę wybiegnie w naszą stronę i zanim zdążymy cokolwiek powiedzieć, będziemy już zatopieni w Jego cudownych ramionach. Doświadczymy uścisku pełnego miłosierdzia.

Czy Wam również od tych zmian nastroju lekko kręci się w głowie? Rodzą się we mnie pytania: No to kocha czy wymaga? A ja? Mam kochać czy wymagać?

*

To zmieszanie powoli ustępuje gdy znajduję spokojną chwilę żeby pobyć w obecności Mistrza, zapatrzyć się w Niego i obserwować Jego sposób bycia wobec tych, których mi trudno jest przyjąć do Kościoła. Zaczynam dostrzegać, że Jego serce jest tak pojemne, że mieści w sobie pełnię miłości i jednocześnie nieugiętość wymagań. Co więcej, w Nim obie te rzeczy są jednym. Właśnie dlatego może mi opowiadać raz o wymaganiach, które przerastają moje możliwości, a raz o oceanie swojej miłości. Rozdarcie tkwi w moim rozregulowanym grzechem sercu, które odchyla się bądź to w jedną bądź w drugą stronę.

Łapię się na tym jak przybieram pozę łatwej miłości, która nie stawia zbyt wysokich wymagań (ani sobie, ani tym, z którymi żyję). Ta poza daje poczucie fikcyjnej wolności, ale prowadzi de facto do niewoli. Przychodzi wówczas pokusa krytyki (czy nawet pogardy) tych wszystkich „zatwardziałych i bezdusznych gromicieli”, którzy narzucają ludziom ciężary nie do uniesienia, a nic nie wiedzą o miłości.

Innym razem pod płaszczem „miłości” obudowuję szczelnie mur mojego serca (i Kościoła zarazem) i wysyłam strzały ostrzegawcze obwieszczające: Jeśli się nie zmienicie i nie przyjmiecie naszych (moich) zasad, to nawet się nie zbliżajcie do Kościoła! Robię to dla waszego dobra! Jezus wymaga, więc ja też!

*

Tylko będąc w Nim mogę doświadczać świętego balansu, w którym do końca kocham i do końca wymagam. To konieczne bym trwał w Nim, a nie tylko Go naśladował. Jezus jest nie tylko Założycielem Kościoła i wzorem dla jego członków, ale jest jego Głową. Utożsamił się z Kościołem i tylko dzięki tej nierozerwalnej więzi możemy uczestniczyć w Jego sposobie kochania.

Jeśli spacerując wzdłuż granicy Kościoła nie stracę Głowy, ale będę w Nim, to nie tylko nigdy poza tą granicę nie wyjdę, ale sprawię, że będzie się ona przesuwać, aż ogarnie każdego.

ps 139.9-10


Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki, zamieszkał na krańcu morza: tam również Twa ręka będzie mnie wiodła i podtrzyma mię Twoja prawica.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s