Magia świąt

Spacerując wczoraj po krakowskich plantach wyrósł przede mną, jak spod ziemi, niewyraźny olbrzym szarej codzienności. Przecieram oczy ze zdumienia, a on bez trudu, jakby od niechcenia, obezwładnia świąteczny nastrój.

Oporowałem rzecz jasna udowadniając, że komu jak komu, ale mi nie wmówi, że nic te święta nie zmieniły, że skończą się szybciej niż się zaczęły i że niby smutek znów miałby wziąć górę. Nie wzruszyła go jednak moja postawa i z zimnym wyrachowaniem na twarzy snuł dalej swoją narrację:

Widzisz, coś te święta niezbyt magiczne. Na zewnątrz plucha. Twarze ludzi sugerują aurę zaduszek. Białego puchu jak nie było, tak nie ma i być nie będzie. Z magii świąt pozostał co najwyżej pryskający czar.

W tym starciu czuję się jak młody, nieopierzony adept, który pełen marzeń wychodzi na ring i próbuje utrzymać się na nogach pod gradem ciosów mistrza wagi ciężkiej. Jednak coś nie pozwala mi ze sceny zejść. W uszach, gdzieś z oddali wybrzmiewają pasterkowe „Triumfy„. Króla niebieskiego. Już nie z taką mocą jak w tą świętą, cichą noc, ale wciąż zagrzewają do walki. Do wiary.

Biblia jest pełna takich pojedynków. Dawid zwycięża goliata, Możesz pokonuje Egipt, Abraham niewiarę, Gedeon wojsko Madianitów. Te historie to promienie światła zwiastujące największe zwycięstwo najmniejszego Władcy.

Bóg z Boga, Światłość ze Światłości rodzi się w szarym, niezauważonym Betlejem. Nie było tam białego puchu, ciepła kominka, zapachu cynamonu i pierników. Była noc, był chłód i zapach stajni. W takich okolicznościach rozbłyska Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka.

W tym poszukiwaniu światła nawet nie zauważyłem kiedy mój niewyraźny rywal ulotnił się. Ojciec kłamstwa sprytnie tkał scenariusz o nieistniejącym Słońcu. Już prawie uwierzyłem w szarość. A przecież Życie objawiło się nam.


A ty, Betlejem, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich! Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu.
mi 5.1