o Dominiku


Hołd dla Świętego

Prouille, 1977

Był on człowiekiem, który płakał.
I w jego błyszczących łzach widać było miłość
ludzką i delikatną; ludzką, ponieważ boską,
boską, ponieważ wyciśniętą modlitwą z męki prawdy.
„O Panie, co się stanie z grzesznikami?”

Czekał samotnie w miejscu, którego nie mógł zmienić
Dźwigając samotnie, przez lata rozczarowania
zadanie, które zdawało się rozpoczynać.
Słowo Boże pałało w nim
zacieklej niż ogień, głębiej niż morska toń,
przepędzając strach i wygodę;
Słowo rozległo się w ciszy,

odbijając się łagodnym echem,
łamiąc noc błagalnym jękiem.

Tak, to był Dominik, jego podpis
ledwo widoczny na zwojach dziejów;
ślad uśmiechu wciąż trwa nad winnicą,
gdzie próbowano go zabić, ale odkryto,
że śmierć umarła wobec jego pragnienia śmierci.

Założył zakon, mówią ludzie,
Powiedzmy raczej: powołał z przyjaźni.
Był ich przyjacielem, i tak
w końcu, mimo własnej woli, przyszli.
Dał im zakon do założenia.

Te oczy, mokre od łez prawdy, znały Prawdę.
A Prawda – szukając wciąż, by stać się kruchym ciałem –
nie wzgardziła odzieniem rozczarowania,
obojętności i niedoskonałości ludzi.

Wiara Boga w człowieka sprawia od czasu do czasu,
że człowiek się spełnia.
A wtedy serce bije rytmicznie
zgodnie z Boskim sercem, umysł
jest w zgodzie z prawdą, a usta z Ewangelią,
powierzając ludzkie sprawy Bogu.

Takim człowiekiem był Dominik,
Posłaniec Bożej miłości, nosiciel
nieskończonego bólu i nadziei,
huragan i niebo,
wprowadzający pokój w cywilizowane korytarze
wygodnych półprawd,
zażywnej poprawności i zniekształconej gorliwości;
wśród mieszkańców starożytnej ciemności znanej od lat,
niepokojącej, drugiej strony dnia.

A mimo to człowiek.
Człowiek w domu z papieżami i wieśniakami
i mdlejącymi damami,
człowiek o pięknych dłoniach i włosach bez siwizny.
„Noc dla Boga a dzień był dla przyjaciół”,
nemo communior, mówiono,
tak spokojnie cudowny, że zapominano się dziwić.
Emmanuel, Bóg z nami, Bóg taki, jak my;
zawsze zwyczajny wehikuł Nieskończoności,
taki był Dominik,
cichy głosiciel dziwnej religii,
głośny tylko w swoim człowieczeństwie,
zbyt zwykły jak na „świętość”,
zbyt zwykły, by pisano o nim wiele w kronikach,
zbyt zwykły, by skrywać rosę Bożego światła.

I ciągły zapach, ciągły zapach dalekiego domu,
dla wygnańców pochylonych nad grobami zapomnienia
nagła pamięć – Och! Co się stanie z grzesznikami?
Módlcie się, módlcie się za nas,
nosiciele pochodni,
módlcie się za nas grzeszników, módlcie się
za nasz ponury świat.